|
|
Błędy w sztuce
autor: Dreamcatcher
W karierze każdego szamana, uzdrowiciela, maga, kapłana, czarownika czy czarownicy bywają wpadki albo błędy. Dobrze, jeżeli adept wyciągnie wnioski z tego na przyszłość. Gorzej, gdy robi sobie autocenzurę i wmawia sobie i innym, że wszystko poszło dobrze, tylko np. warunki były nieodpowiednie, albo też "zapomina" o całym zajściu.
Sam potrafię wymienić kilka błędów w swojej praktyce. Myślę, ze dobry szaman to taki, który uczy się na własnych błędach i przyznaje się do nich. Zresztą ta zasada rozciąga się na jakikolwiek zawód.
Poniżej opiszę trzy przypadki z własnej praktyki, które myślę, że w jasny sposób obrazują typowe błędy w sztuce.
1.
Dwa lata temu robiłem, albo raczej uczestniczyłem w rytuale, który miał miejsce w schronisku Samotnia pod Karpaczem. Był to owocny i męczący rajd górski z grupą kilkuosobową (jak mi się wtedy wydawało - przyjaciół). Jedna z osób (którą tutaj nazwę D.), a konkretnie osoba, która przewodniczyła rajdowi, miała problem z akceptacją samej siebie, chroniczną depresją, myślami samobójczymi, itp. Był tam też obecny ktoś (powiedzmy K.), kto mieszkał z D. Dodam, że problemy D. odbijały się bardzo mocno na samym K., który opowiadał mi później historie związane z depresją D. Każde z naszej trójki przedstawiało inną siłę, inny rodzaj mocy, inny charakter. Chodząc po górach zarysował mi się rytuał, który polegał na równowadze tego trójkąta i swobodnej, ale kontrolowanej wymianie energii. Przedstawiłem sprawę K. i zaproponowałem, żeby skorzystać z tego, że jesteśmy w tak potężnym miejscu, jakim są góry i zrobić rytuał, który może pomóc D i jemu samemu. K. się zgodził, choć stworzył sobie inną wizję samego procesu leczenia. Niestety w grupie panowała hierarchia której się wówczas jeszcze poddawałem (co zawiasem mówiąc kilkakrotnie zahamowało mój rozwój, kiedy nie robiłem czegoś, co powinienem, bo poddawałem się sztucznie narzuconemu autorytetowi). W związku z czym zgodziłem się na rytuał prowadzony przez K., co jak się miało okazać później, było błędem z mojej strony. Przed rytuałem rozmawiałem z duchami gór i prosiłem ich o pomoc. Duchy zgodziły się, pod warunkiem złożenia ofiary. Ofiara była spora, dla całej naszej trójki. Ja straciłem swoje runy, z którymi nie rozstawałem się od kilku lat, K. stracił wisiorek, który dostał od D. w dowód przyjaźni, a D. zafiksowawała się jeszcze bardziej na swojej paranoi.
Sam rytuał był bardzo agresywny, coś w rodzaju egzorcyzmu. Były chwile, które mogłyby zszokować resztę ekipy, która grzecznie czekała na dole schroniska. K. popłynął, a ja razem z nim. Przerwałem to dopiero pod koniec, gdy w końcu stwierdziłem, że to nie tak miało być, że nie o to mi chodziło.
Mój błąd w tym przypadku polegał na tym, że poddałem się czyjemuś odgórnie narzuconemu autorytetowi i nie zaufałem swojej mocy, to raz, a dwa, że nie przygotowałem się dobrze do leczenia. Przystąpiłem do rytuału bez właściwie przeprowadzonej diagnozy.
2.
W zeszły roku napisał do mnie człowiek z Zielonej Góry (powiedzmy M.) prosząc o pomoc. Pisał, że jego dziewczynę coś opętało po tym, jak zrobione jej rytuał czarnomagiczny w Odnowie W Duchu Świętym. Wydawało się że coś na prawdę starało się przeszkodzić w doprowadzeniu do naszego spotkania. Najpierw zwlekałem z odpowiedzią na mail dwa tygodnie, bo sprawa była poważna i chciałem ją sobie przemyśleć. Potem, gdy w końcu zdecydowałem się, mój mail nie doszedł do M. Traf chciał, że 2 czy 3 miesiące później byłem przez kilka dni w pobliżu ZG, więc mogłem podjechać do M. zbadać sprawę na miejscu. Co ciekawe, mój mail w końcu cudem się znalazł dopiero po tym, jak wróciłem do domu. Jednakowoż nawiązaliśmy kontakt. Zwróciłem się z tą sprawą do D. (tej samej, która brała udział w rytuale w Karpaczu), która pochodziła z tamtych stron. Stwierdziłem, że skoro jest bardziej doświadczona (przynajmniej tak twierdziła), uważa się za szamana (za takiego też ja ją uważałem) i ma lepszy kontakt z tamtejszymi duchami, więc zapytałem ją, czy podejmie się tej sprawy. Zgodziła się natychmiast. Była to okazja do praktyki i przyjazdu do rodzinnego miasta. M. chciał zapłacić, ale ja powiedziałem, że chcę tylko zwrotu za paliwo. Skontaktowałem M. z D., która dalej prowadziła sprawę. Znowu poddałem się czyjemuś autorytetowi. Razz
Moja szansa na udział w całym egzorcyzmie była niewielka, ale "przypadkiem" szwagier mojej żony poprosił mnie o wyjazd do Wrocławia. Była to okazja, bo z Wrocławia do ZG już rzut beretem.
Zaraz po wyjeździe zgasł mi samochód. Jakimś cudem zabrakło mu paliwa, na szczęście przy samej stacji paliwowej. Później popsuły się hamulce (jak się okazało po miesiącu - urwał się tylko kabelek od kontrolki, co jednak wpłynęło na morale). Jakby tego było mało, w drodze z Wrocławia do ZG, podczas jazdy w deszczu, przy 100 na liczniku, nagle pękła opona. Udało mi sie zapanować nad samochodem, choć przez chwile było dramatycznie, gdy samochód zaczął tańczyć a z naprzeciwka zbliżał się pędzący TIR. Tego było już za dużo. Zmiana koła zajęła mi trochę czasu i kłód drewna (lewarek się popsuł Razz). Tym niemniej zaangażowaliśmy grupę "przyjaciół" do założenia tarcz, a sami skupiliśmy się na założeniu osłony przed tym, co nas tak męczyło w czasie jazdy. Dalsza część podróży przebiegła bezproblemowo.
Spotkaliśmy się z M., który okazał się miłym człowiekiem. Jak nam opowiedział, szukał pomocy u wróżek, u reikiowców, i kogoś tam jeszcze. Każdy skasował swoje, i nic nie pomógł.
My, dobrzy szamani, przybyliśmy z odsieczą. Oczywiście ostrzegliśmy go, że może się nie udać, bo jego dziewczyna już nie mieszkała z nim, a egzorcyzmy na odległość mają nikłe szanse powodzenia (choć ostatnio ktoś uznał mnie za opętanego, i nawet odczyniał w związku z tym rytuały, które mógłbym uznać za udane, bo po nich faktycznie nie byłem opętany, tylko że problem polegał na tym, że przed nimi też nie byłem opętany:D).
Pierwszy wieczór był integracyjny, przy piwku. Pogadaliśmy sobie, poznaliśmy szczegóły. Tej nocy męczył mnie i D. cień kota, który włóczył się po mieszkaniu. Do mnie przyszedł nawet we śnie, skubany.
Drugiego dnia umówiliśmy się z dwójką "przyjaciół", którzy mieszkali w ZG, a którzy mieli pomóc i przy okazji nauczyć się czegoś. Poszliśmy do lasu podładować baterie.
Wieczorem zabraliśmy się za oczyszczanie mieszkania i zdejmowaniu pieczęci. Rytuały prowadziła oczywiście D. (bo jakże by inaczej:>). Samo zdjęcie pieczęci miało pozytywny i widoczny efekt. M. miał coś jakby odblokowanie naturalnych zdolności. Przy okazji D. założyła mu swoje pieczęcie, o czym dowiedziałem się później. Na szczęście te są słabe.
Potem przyszedł czas na egzorcyzm dziewczyny M. Było to połączenie magii wysokiej z szamanizmem, choć ja bym powiedział, że magia wysoka z elementami szamańskimi. Wtedy jeszcze bawiłem się w magię wysoką. Zaczęliśmy od dywinacji. Przy tego typu sprawach ważne jest wiedzieć z kim ma się do czynienia. Potem przeszliśmy do wypędzania demona. W kluczowym momencie D. nie dała rady i padła. Wysiadł jej głos, opadła z sił. Bez namysłu wkroczyłem do akcji i dokończyłem za nią sprawę. Nie powiem, trochę mnie to zmęczyło.
Kolejnej nocy miał być szamański rytuał uzdrawiający. Co mnie lekko zdziwiło, szamański był raczej z nazwy, bo D. ma ewidentnie styl z magii wysokiej, która próbuje być szamańska. na ale cóż, liczy się skuteczność.
Po wszystkim pojechaliśmy do siebie. Cała sesja nie przyniosła żadnego efektu. Dziewczyna M. nie tylko nie wróciła do niego, ale jeszcze bardziej się wkręciła, bo poszła do klasztoru.
3.
Trzeci przypadek był w tym roku. Przyjechałem do znajomej na jej prośbę, lecząc jej babcię, kobietę 90-letnią, która była na podtrzymaniu życia. Sprawa wyglądała tak, że kobieta była jakby zawieszona między życiem i śmiercią. Normalnie powinna umrzeć, ale medycyna podtrzymywała ją przy życiu, jak również emocje rodziny, zwłaszcza córki, jedynaczki. Znalazłem duszę kobiety, która przebywała w świecie wspomnień. Cała sesja trwała kilka dni, jak to czasem bywa w szamanizmie. Wyszło na jaw kilka powiązań wnuczki z babcią, kilka rodzinnych zależności, nierozwiązanych spraw w rodzinie. Tym niemniej stan babci się nie zmienił. To był dla mnie przykład, że szaman czy uzdrowiciel nie zawsze może pomóc. I to też była dobra lekcja, bo należy o tym pamiętać.
I tak te trzy przykłady są obrazami trzech rodzajów błędów w sztuce:
1 - błąd;
2 - bezsilność i nie przyznanie się do tego, albo raczej nie przyznanie się przed osobą, która prosiła o pomoc;
3 - niemożność pomocy i przyznanie się do tego.
Szaman nie zawsze może pomóc, i też nie zawsze chce pomóc. Bywa, że szaman musi odmówić leczenia, gdy np choroba ma czegoś nauczyć człowieka, a unika on lekcji. Taki przypadek widziałem też całkiem niedawno, gdy pewna osoba skręciła sobie nogę, co wiązało się z bólem i niemożnością wychodzenia z domu, stopniową rekonwalescencją. Gdy tylko wyleczyła nogę, musiała poddać się zabiegom chirurgicznym, tym razem szczęki. Krótko po tym zachorowała na boreliozę, chorobę znowu związaną z bólem. Osoba ta poprosiła mnie o pomoc w formie rzucenia run. Wyszło mi z run, że lekcją jest sam ból, na co chora zareagowała w dość niewłaściwy sposób, czyli wyśmiała mnie. Stwierdziłem, no cóż, skoro nie chce słyszeć mojej rady, nie będę się wysilał i nic z tym nie zrobiłem, bo widziałem, że ważniejsze dla tej osoby jest własne przekonanie, niż czyjaś rada (no chyba że rada jest taka sama jak to, co myśli chora). Tym niemniej choroby często wracają do osób (nawet w różnych postaciach), które unikają lekcji. Wówczas szaman nie miesza się do tego, ewentualnie da radę, jeśli osoba jest w stanie ją przyjąć.
Zapraszam do dyskusji na forum -> O jak mi nie poszłooooooooooo! |
|
|